Według szacunków Metropolitan Police w demonstracjach uczestniczyły dziesiątki tysięcy osób. Sam marsz „Unite the Kingdom”, organizowany przez Tommy’ego Robinsona, czyli Stephena Yaxley-Lennona, zgromadził około 60 tysięcy uczestników. Z kolei organizatorzy marszu propalestyńskiego mówili nawet o setkach tysięcy osób, choć policja szacowała frekwencję na około 15-20 tysięcy uczestników.
Dlaczego protesty były planowane?
Demonstracja „Unite the Kingdom” była zapowiadana od tygodni jako odpowiedź środowisk nacjonalistycznych i antyimigracyjnych na politykę rządu Keira Starmera. Organizatorzy podnosili kwestie migracji, bezpieczeństwa, wolności słowa i rosnących napięć społecznych w Wielkiej Brytanii. Na marszu pojawiły się brytyjskie i angielskie flagi, symbole chrześcijańskie oraz hasła krytykujące obecny rząd.
Jednocześnie ulicami Londynu przeszedł propalestyński marsz związany z Dniem Nakby, upamiętniającym wysiedlenie setek tysięcy Palestyńczyków po utworzeniu państwa Izrael w 1948 roku. Demonstracje solidarności z Palestyną odbywają się regularnie w Wielkiej Brytanii od początku wojny w Strefie Gazy, jednak tegoroczne wydarzenia odbywały się w szczególnie napiętej atmosferze.
Brytyjskie służby obawiały się starć pomiędzy grupami o skrajnie różnych poglądach. Dodatkowo ten sam dzień zbiegł się z finałem Pucharu Anglii na Wembley, co jeszcze bardziej zwiększyło ryzyko chaosu w mieście.
Londyn przypominał twierdzę
Policja przygotowywała się do weekendu od kilku dni. Metropolitan Police zapowiadała wykorzystanie dronów, kamer rozpoznawania twarzy, konnych patroli, psów policyjnych oraz specjalnych stref bezpieczeństwa. W centrum miasta wprowadzono również rozproszone punkty kontroli i dodatkowe uprawnienia dla funkcjonariuszy.
Atmosfera była dodatkowo podgrzewana wcześniejszymi incydentami związanymi z antysemityzmem i napięciami religijnymi w Wielkiej Brytanii. Brytyjskie służby bezpieczeństwa ostrzegały w ostatnich tygodniach przed wzrostem zagrożenia radykalizacją i przemocą motywowaną politycznie.
Kilka dni przed demonstracjami brytyjski rząd zdecydował również o zakazie wjazdu do kraju dla części zagranicznych działaczy skrajnej prawicy. Wśród osób, które nie zostały wpuszczone do Wielkiej Brytanii, znalazł się m.in. polski eurodeputowany Dominik Tarczyński.
Jak przebiegły demonstracje?
Mimo ogromnych obaw policji nie doszło do masowych starć między grupami. Funkcjonariusze od początku oddzielali obie demonstracje osobnymi trasami przemarszu. Według policji protesty przebiegły „w zasadzie bez większych incydentów”, choć zatrzymano dziesiątki osób.
Do niedzielnego poranka Metropolitan Police informowała o co najmniej 43 zatrzymaniach związanych z protestami. Część dotyczyła podejrzeń o przestępstwa z nienawiści, agresywne zachowanie, odmowę odsłonięcia twarzy czy wspieranie zakazanych organizacji. Czterech policjantów zostało rannych podczas zabezpieczania demonstracji.
Media brytyjskie zwracały uwagę, że podczas marszu „Unite the Kingdom” pojawiały się skrajnie nacjonalistyczne hasła oraz agresywna retoryka wobec migrantów i muzułmanów. Z kolei podczas części demonstracji propalestyńskich policja reagowała na transparenty i hasła uznawane za nawołujące do nienawiści lub wspierające organizacje zakazane w Wielkiej Brytanii.
Co dalej?
Brytyjski rząd oraz służby bezpieczeństwa spodziewają się kolejnych napięć społecznych w nadchodzących miesiącach. Tematy migracji, bezpieczeństwa, wojny w Gazie i radykalizacji politycznej coraz mocniej dzielą brytyjskie społeczeństwo.
Eksperci podkreślają, że sobotnie wydarzenia były testem dla policji i władz Londynu przed kolejnymi dużymi demonstracjami. Metropolitan Police już zapowiedziała dalsze zdecydowane działania wobec mowy nienawiści, przemocy i organizacji uznawanych za ekstremistyczne.
Jednocześnie organizatorzy obu środowisk zapowiadają następne manifestacje. Tommy Robinson podczas przemówienia mówił o „bitwie o Brytanię”, a środowiska propalestyńskie deklarują kontynuowanie protestów przeciwko działaniom Izraela w Strefie Gazy.



