Impulsem do ujawnienia akt jest inicjatywa parlamentarzystów (procedura „humble address”), która ma zobowiązać rząd do przedstawienia dokumentów dotyczących samego utworzenia funkcji wysłannika oraz weryfikacji i „due diligence” przeprowadzonych przed nominacją. W praktyce chodzi o to, kto i na jakiej podstawie uznał, że Andrew nadaje się do reprezentowania interesów handlowych Wielkiej Brytanii na świecie – oraz jakie ostrzeżenia, notatki i korespondencja krążyły między urzędami.
Jednocześnie rząd podkreśla (co wybrzmiewa w relacjach medialnych), że przejrzystość nie może wejść w konflikt z działaniami policji. To ważne, bo wobec Andrew Mountbatten-Windsora prowadzone jest postępowanie w sprawie podejrzenia „misconduct in public office” – nadużycia stanowiska publicznego. W ostatnich dniach informowano o zatrzymaniu i dalszych czynnościach w tej sprawie; na tym etapie kluczowe jest, by ewentualne publikacje nie uprzedzały ustaleń śledczych ani nie wpływały na potencjalne dowody.
W praktyce oznacza to najbardziej prawdopodobny scenariusz: dokumenty zostaną ujawnione, ale w takim zakresie i w takim momencie, by nie utrudnić dochodzenia. Media zwracają uwagę, że w Izbie Gmin może pojawić się presja, by część materiałów opublikować dopiero po zakończeniu policyjnych czynności (albo po odpowiednim „oczyszczeniu” wrażliwych fragmentów).
Dlaczego ta publikacja ma znaczenie? Po pierwsze – bo rola wysłannika handlowego dawała realny dostęp do polityków i biznesu, a tym samym do informacji i kontaktów o wysokiej wartości. Po drugie – bo dziś, przy narastającym kryzysie wizerunkowym wokół byłego księcia, opinia publiczna i część parlamentarzystów chce zobaczyć, jak działały mechanizmy kontroli i czy instytucje państwa zadziałały właściwie już na etapie nominacji.



