Informację o jego śmierci jako pierwszy ogłosił prezydent USA Donald Trump, określając operację jako „wielki sukces” i zapowiadając kontynuację nalotów. Według Waszyngtonu w atakach zginęło również kilkudziesięciu wysokich rangą przedstawicieli irańskich struktur wojskowych. Teheran ogłosił 40 dni żałoby, a obowiązki przywódcy tymczasowo przejęło kolegialne kierownictwo zgodnie z konstytucją.
W kolejnych godzinach Iran przeprowadził serię uderzeń rakietowych w regionie Zatoki Perskiej. Celem były instalacje wojskowe oraz obszary w pobliżu infrastruktury cywilnej. Według brytyjskiego rządu pociski spadały w rejonach, gdzie przebywają obywatele państw zachodnich. W sobotę jeden z ataków na bazę wojskową w Bahrajnie omal nie doprowadził do ofiar wśród brytyjskiego personelu. W regionie znajduje się co najmniej 200 tysięcy obywateli Zjednoczonego Królestwa – mieszkańców, turystów i osób podróżujących tranzytem.
W tych okolicznościach rząd w Londynie ponownie rozpatrzył amerykańską prośbę o wykorzystanie brytyjskich baz wojskowych. Wcześniej premier Keir Starmer odrzucił wniosek administracji Donalda Trumpa dotyczący użycia tych baz w kampanii przeciwko Iranowi. Jednak po sobotniej rozmowie telefonicznej z prezydentem USA zgodził się na ich wykorzystanie w ograniczonym zakresie.
Decyzja ogłoszona w niedzielę wieczorem pozwala Stanom Zjednoczonym korzystać z dwóch brytyjskich baz: RAF Fairford w hrabstwie Gloucestershire oraz bazy na wyspie Diego Garcia na archipelagu Czagos. Według rządu nie chodzi o udział Wielkiej Brytanii w bombardowaniu Iranu, lecz o działania o charakterze obronnym – wymierzone w irańskie magazyny rakiet i wyrzutnie używane do ataków w regionie.
W specjalnym wystąpieniu telewizyjnym Starmer zaprzeczył, jakoby doszło do „zwrotu o 180 stopni”. Podkreślił, że zmienił się charakter amerykańskiej prośby oraz sytuacja bezpieczeństwa. „To nie jest ta sama decyzja” – argumentował, wskazując, że obecnie chodzi o ochronę życia Brytyjczyków oraz realizację prawa do zbiorowej samoobrony sojuszników.
Premier poinformował, że rozmawiał z przywódcami Bahrajnu, Kuwejtu, Jordanii, Cypru i Omanu, którzy mieli apelować o zwiększenie wsparcia obronnego. Rząd opublikował także opinię prawną, zgodnie z którą wsparcie operacji jest dopuszczalne na gruncie prawa międzynarodowego, jeśli ma charakter konieczny i proporcjonalny wobec trwającego ataku.
Decyzja wywołała natychmiastowe kontrowersje na brytyjskiej scenie politycznej. Lider Liberalnych Demokratów Ed Davey wezwał do głosowania w Izbie Gmin, ostrzegając przed wciągnięciem kraju w długotrwały konflikt. Lider Partii Zielonych Zack Polanski oskarżył rząd o powtarzanie błędów interwencji w Iraku, Libii i Syrii. Odmienne stanowisko zajął szef Reform UK Nigel Farage, który uznał decyzję za spóźnioną, ale konieczną.
W poniedziałek stanowiska rządu ma bronić w parlamencie premier lub minister spraw zagranicznych Yvette Cooper. Spór dotyczy nie tylko zasadności decyzji, ale także jej podstaw prawnych oraz zakresu zaangażowania Wielkiej Brytanii w konflikt, który w ciągu kilku dni przekształcił się z operacji punktowej w poważny kryzys międzynarodowy.



